Powojenne budownictwo

Rozmowa o Warszawie z architektem Markiem Dunikowskim

Warszawa nie musi szukać swojej tożsamości, bo ją ma – to tożsamość modernizmu – uważa Marek Dunikowski, krakowianin i jeden z najbardziej znanych współczesnych architektów w Polsce

Architekt Marek Dunikowski
Jest współpartnerem pracowni architektonicznej DDJM wsławionej m.in. tak wyrazistymi realizacjami jak bank w Opolu czy żelbetowy budynek muzeum przy pomniku obozu zagłady w Bełżcu.
Obecnie architekci z pracowni DDJM projektują duży zespół mieszkaniowy Apartamenty Murano w miejscu zlikwidowanej zajezdni autobusowej przy Inflanckiej. Architektura budynków odwołująca się do tradycji silnie modernizującego socrealizmu warszawskiego zapowiada prawdziwą rewolucję estetyczną i początek mody na nowy styl.

Jerzy S. Majewski: Gdy jestem zmęczony Warszawą, wsiadam do ekspresu i jadę do Krakowa, by pobyć w tradycyjnym mieście z ulicami, tętniącym życiem rynkiem i kawiarniami. Powszechna jest opinia o Warszawie jako jednej z najbrzydszych stolic europejskich. Tymczasem Pan, mieszkaniec Krakowa, postrzega nasze miasto jako metropolię o silnie zdefiniowanym obliczu architektonicznym.

Marek Dunikowski: Tak, bo Warszawa ma mnóstwo znakomitych realizacji architektonicznych. To zarówno dzieła modernizmu, jak i socrealizmu wyrastającego korzeniami z modernistycznej tradycji lat 30. One wciąż decydują o charakterze miasta, nadają mu wymiar metropolii. Zachwycają mnie takie budowle jak gmach dawnego Komitetu Centralnego PZPR zaprojektowany u schyłku lat 40. XX w., przedwojenne Muzeum Narodowe o zdyscyplinowanych kamiennych elewacjach, gmachy rządowe czy plac Konstytucji. To realizacje, jakich nie znajdziemy w innych częściach Europy. Są wartością samą w sobie, którą trzeba chronić. Trzeba też do nich dodawać nową architekturę, która będzie kontynuację tradycji warszawskiego modernizmu, a nie jego zaprzeczeniem.

Powtarza Pan, że Warszawa ma duszę. Jak ją określić?

– Jest nią wyrazista struktura przestrzenna miasta. W Europie nie brak piękniejszych układów urbanistycznych, ale cieszmy się z tego, co Warszawa ma, i bądźmy z tego dumni. Nie próbujmy zmieniać tej struktury, robiąc coś w poprzek. Dla mnie takim zerwaniem z warszawską tradycją są dziwaczne Złote Tarasy czy rozwichrzona forma wieżowca zaprojektowanego przez Daniela Libeskinda (stanie przy ul. Złotej 44). No bo niby dlaczego symbolem Warszawy ma być budynek krzywy, symbolizujący skrzydło orła? Oczywiście nie przeszkadza mi to, że w mieście powstanie inny budynek. Ale Warszawie nie jest potrzebna realizacja w rodzaju muzeum sztuki w Bilbao, bo miasto ma własne oblicze.

Warszawiacy chyba jednak mają problemy z rozpoznaniem „duszy” swojego miasta.

– I to mnie zaskakuje. Obserwowałem dyskusję po ostatnim konkursie na Muzeum Sztuki Nowoczesnej i widzę, że Warszawa wciąż szuka swojej tożsamości. To błąd, bo stolica tożsamość ma! W tych poszukiwaniach widzę niewiarę warszawiaków w to, że mieszkają w metropolii europejskiej.

Co Pana zadaniem stanowi o wartości przestrzeni naszego miasta?

– Przejrzysty układ urbanistyczny z szerokimi ulicami. Nie jest on właściwie wykorzystywany, próbuje się go zatrzeć. Tymczasem powinien być on konsekwentnie wypełniany nową zabudową.

W związku z konkursem na Centrum Sztuki Nowoczesnej na nowo odżyła dyskusja nad przyszłością Pałacu Kultury i Nauki.

– Pałac to znamię epoki, w której powstał. Jest ogromny i nie ma sensu z nim walczyć, stawiając obok budynek o udziwnionej formie. Gdy patrzę na niektóre z tych rzeźbiarskich projektów, to odnoszę wrażenie, że w kontekście z Pałacem Kultury są one równie żałosne jak miałknięcie.

A które z warszawskich wieżowców najbardziej się Panu odpowiadają.

– Intraco II i Marriott, czyli dwie pierwsze wieże Zachodniego Centrum Warszawy. Zaprojektowane jeszcze w latach 70. wytrzymały próbę czasu. Niezwykle zdyscyplinowane, pozbawione śmiesznych gadżetów i przez to jakieś bardzo warszawskie.

Co by Pan najchętniej rozebrał w Warszawie?

– Złote Tarasy. To knot!, collage nieudanych, krzywych form. Architektura Złotych Tarasów nie definiuje przestrzeni. Inny budynek, na który nie mogę patrzeć, to Millennium Tower. Niebieska wieża zbudowana przez Turków w Al. Jerozolimskich. No chyba że Warszawa ma taką dozę poczucia humoru, że ten budynek w formie kabiny prysznicowej traktuje wyłącznie jako żart.

 

Kopulaki – warszawska miłość z PRL
Dariusz Bartoszewicz

Socperły architektury zagrożone. Pomijane w przewodnikach. Zapuszczone i obarczone grzechem, bo powstały za komuny. Jeśli znikną pawilony, stacje PKP czy domy kopulaki, z tamtych czasów zostanie to, co najgorsze – blokowiska. Młodzi architekciprzekonują, że warto chronić to co oryginalne z architektury PRL.

Kopulaki – nasza PRL-owska miłość

Nikt z trójki „hard core’a” Centrali, pracowni młodych architektów, na oczy nie widział damy z PRL z fryzem spiętrzonym w wielki kok. Za towarzysza Edwarda Gierka chodzili w pieluchach z tetry, teraz chwalą budynki z epoki

Lewa, lewa. Idą do przodu z hasłem na ustach: „Respekt dla moderny!”. Agitują. Bronią tego, co inni chcą burzyć. Zachwycają się tym, w czym inni nie mogą się doszukać niczego, nawet cienia piękna. I zgadzają się z prof. Andrzejem K. Olszewskim, który na debacie w Zachęcie w końcu lutego ostrzegł: – Budynkom takim jak Supersam szkodzi totalne upolitycznienie porównywalne wręcz z latami 50. Wtedy atakowano wszystko, co sanacyjne, dziś – wszystko z PRL. A powstawały wtedy rzeczy lepsze i gorsze, jak zawsze.

Nazwali się Centrala. – My ją stworzyliśmy. W trzy osoby. Kolektyw rozrasta się na potrzeby różnych projektów i akcji – mówią architekci Małgorzata Kuciewicz, Krzysztof Banaszewski i Jakub Szczęsny.

– Chcemy pokazać, jak fantastyczne obiekty powstawały w latach 50., 60. i 70. – podkreśla Gosia.

Młodzi architekci zabierają mnie na spacer po swojej Warszawie, by rozbudzić miłość do PRL, który zbyt dobrze pamiętam. Dlatego nie tęsknię. W pamięci mam akademię ku czci, juniorki na nogach, fartuszki non-iron, ciemne kuchnie nawet w blokach stawianych za wzór. Mieszkałem w potwornej ciasnocie przy ul. Bruna. Tuż obok mojego bloku stał bliźniaczo podobny i uznany za najlepszy dom w Warszawie 1964 r., nagrodzony tytułem Mister Warszawy.

Pawilon Chemii i pani z kokiem

Wycieczkę po „perłach PRL” zaczynamy u zbiegu Brackiej i Nowogrodzkiej. Na stojącym tam pawilonie nieaktualny już neon „Chemia” przykrywa płachta informująca, że teraz handluje się w nim używanymi ciuchami. Obiekt jest nadgryziony zębem czasu, a lokalizacja – fantastyczna. Dlatego jego los jest już niemal przesądzony. Tu ma stanąć dom towarowy – wielki świat i luksus jak z błyszczących katalogów. – Znów wygra dość bezmyślna architektura komercyjna – komentuje Centrala.

Otwierają drzwi do Chemii. Wchodzimy poczuć klimat.

– Zobacz, jaka fantastyczna konstrukcja. Bo w architekturze, jak powtarza Rem Koolhaas [holenderski twórca nagrodzony architektonicznym Noblem, czyli nagrodą Pritzkera], niezwykle istotne jest to, co określa jako „bohaterski wspornik”. A tu mamy fantastyczne wsporniki składające się z czterech elementów niczym zdwojony znak „V” – mówi Kuba Szczęsny.

Victoria konstruktora. Victoria architekta. Victoria Jana Bogusławskiego i Bohdana Gniewiewskiego. Dużo zwycięstw w jednym miejscu. Ich wielki sukces, bo w roku 1961, kiedy powstał ten pawilon handlowy, królowała gomułkowszczyzna, szarość i prowincjonalność. I nagle zjawiskowy pawilon!

Kuba podpowiada, by wyobrazić sobie panią sprzedawczynię z ekstremalnym kokiem na głowie. Nikt z trójki „hard core’a” Centrali w realu takiej damy z PRL ze spiętrzonym fryzem na oczy nie widział. Są na to za młodzi. Chodzili wtedy w pieluchach z tetry, bo wszyscy urodzili się w latach 70., za towarzysza Edwarda Gierka, który nawoływał, by budować drugą Polskę.

Podziwiamy posadzkę. Drobniutka, czarno-biała kostka. Teraz takie kafelki są najdroższe i bardzo modne, a ich układanie – żmudne. Fotografujemy. Wypada pani nadzorująca ciucholand. – Kim państwo są? Co robią? – zarzuca nas gradem pytań.

Tłumaczymy się, że „my są niewinni”, że jesteśmy architektami i dziennikarzami. Podziwiamy formy, „język budownictwa przemysłowego” (tak mówią w Centrali) zastosowany w obiekcie z „bohaterską konstrukcją”, dzięki której w środku jest tyle światła, „a dach zdaje się szybować”. I ostrzegamy: – Już się czai wielki inwestor.

– Nic nie jest przesądzone w sprawie tego pawilonu – uważa jednak pani (nazwiska nie poda).

– Zrobiliśmy kiedyś taki projekt prowokację. Pokazaliśmy, że to idealne miejsce na infobox dla Warszawy. Turyści w tym świetnie położonym obiekcie mogli dowiedzieć się wszystkiego o mieście i co się w nim dzieje. Tego brak – przypomina Krzysiek Banaszewski.

Przytulić „naleśnik” do serca

Kolejny przystanek – stacja PKP Powiśle już pod skarpą, z początku lat 60. Znad malutkiego kiosku wypiętrza się imponująca łupina z żelbetu bez żadnych podpór. Podświetlona od spodu mogła się kojarzyć z latającym spodkiem.

– Rekordowa ekspresja w żelbecie – kolektyw Centrali cmoka z podziwu.

– Jak najcieńsze przekroje, jak największe rozstawy i rozpiętości. A przecież nie było komputerów, wszystko liczone na piechotę. Prawdziwa inżynierska robota – zaznacza Kuba.

Wchodzimy po schodach na peron. Nad torami nie ma hali, tylko konstrukcje z żelbetu i stali. Przy ziemi zajmują mało miejsca, u góry – dużo, zdają się od niej odrywać, by towarzyszyć mknącym pociągom. Porównania, które się nasuwają: origami, wachlarz, faworki, harmonia. Nagle wjeżdża Szybka Kolej Miejska. Szok. Architektura sprzed półwiecza tworzy absolutną harmonię z opływowymi kształtami SKM. To wrażenie jest tak niezwykłe, że zaczynamy się śmiać, bo nawet kolory na wagonach i „faworkach” konstrukcji stalowych dźwigających trakcję elektryczną wyglądają tak, jakby zostały specjalnie zaprojektowane.

Wspinamy się schodami pod górę. Stajemy w przeszklonym pawilonie, z którego widać wielkomiejską Warszawę – perspektywę Alej Jerozolimskich z kikutem palmy, wieżowce, Pałac Kultury. Architektura stacji jest lekka jak rysunek piórkiem.

– To dzieło pana Arseniusza Romanowicza i Piotra Szymaniaka (konstrukcja W. Brzozowski i M. Gołąb). Oni eksperymentowali z formami paraboloidy hiperbolicznej, byli na bieżąco z tym, co robili najlepsi projektanci na świecie – przypomina Kuba.

Przejeżdżamy samochodem obok „naleśnika”, daszku stacji WKD na rogu Al. Jerozolimskich i Jana Pawła II. – Przecież z takiego „naleśnika” można by zrobić maskotkę Warszawy – marzy Gosia Kuciewicz.

– Z czego? – pyta Krzysiek Banaszewski. – Na przykład z pluszu – odpowiada.

Przytulić się do miękkich przystanków PKP. Położyć się z nimi spać . Przycisnąć do serca. Jaki fajny pomysł!

Gosia: – Wyobraźcie to sobie, że znikają te wszystkie budy i namioty. Że wszystko naprawiamy i czyścimy – jak byłoby pięknie.

Okrąglaki, grzybki, kopulaki

Rzut oka na pawilon przy ul. Przeskok. Wygląda jak wieszak na reklamy. Okropnie. – Tu nie widać bohaterskiego wspornika. Ale jest piętro wysunięte nad parter, nadwieszone na szerokość ok. 3 m nad chodnikiem. I kontrast ciężkiego pudła stojącego na przeszklonym trzonie. Trochę jak w pomyśle na Muzeum Sztuki Nowoczesnej Christiana Kereza – rzuca Kuba.

– Dom Chłopa. Ma sfalowany dach. Jego miękka linia była inspirowana kołyszącym się na wietrze łanem zbóż – przypomina Gosia.

Obok – NBP z lat 1974-75. Młodzi z Centrali zwracają uwagę, że nieregularne utlenianie się okładzin z brązowego aluminium na elewacji gmachu dodało mu szlachetności. – Teraz za podobny efekt inwestorzy na Zachodzie płacą krocie – zwraca uwagę Kuba.

Prowadzi do środka. W przeszklonej hali operacyjnej banku zachwyca się światłem wpadającym z góry przez dach. Rozpiera się na fotelach z marmuru i skóry. Przybiera pozę wielkopańską i mówi po angielsku jak w kiczowatej reklamie: – To Polska. Piękny kraj. Kraina bursztynu.

Po upojeniu się luksusem PRL pora na deser. – Pokażę moją wielką miłość, czyli kopulaki – zachęca Gosia.

Zakątek mnożył kopuły

Kurs na Ochotę. Z al. Żwirki i Wigury zakręcamy w 1 Sierpnia, a z niej w lewo – w Ustrzycką. Oto i one. Mogłyby zagrać w dobranocce „Żwirek i Muchomorek”. Mało kto o nich wie. Kopulaki (od „copula”), czyli eksperymentalne domy jednorodzinne kopułowe projektu architekta Andrzeja Iwanickiego. – Mieszkańcy używają innych określeń na swoje domy: ule, okrąglaki czy grzybki. Ewentualnie kopułaki przez „ł”. Nie wiadomo, skąd się wzięły tak frywolne kształty. Prawdopodobna jest teoria, że należało oszukać biurokratów strzegących tzw. normatywów. W PRL powierzchnia domu prywatnego nie mogła przekroczyć 110 m kw. A w trzykopułowych (bo są i mniejsze – dwukopułowe) normatyw został przekroczony o blisko 30 m kw. ze względu na łuki i przestrzenie niepełnowartościowe, bo o wysokości mniejszej niż 2,2 m – wyjaśnia Gosia.

O kopulakach wie wszystko. W każdym zakamarku był pawlacz lub zabudowa pociągnięta białą olejną. Kopuły pokrywały farby nitro w jasnych kolorach. Na podłogach barwiony estrichgips lub PCV. W pomieszczeniach „mokrych” (kuchnia, łazienka) błyszcząca glazura, kominki dekorowane mozaiką w biało-czarną szachownicę. Centralna kopuła to salon, dwie pozostałe, dzielone ścianami skrywały sypialnie, kuchnię i łazienki. A w środku między nimi pod płaskim dachem – serce domu – jadalnia z dwustronnym kominkiem otwierającym się na salon.

Kopulaki zbudował Zakątek (Spółdzielcze Zrzeszenie Budowy Domów Jednorodzinnych). W latach 1961-66 wśród pól na styku Rakowca i Okęcia zaczęło realizować eksperymentalną kolonię. Zamiast 70 powstało zaledwie dziesięć, bo okazały się za drogie w realizacji. Tylko niektóre zachowały czystość bajkowej formy. Reszta obrosła domami kostkami albo rozrosła się, nawet w wielopiętrowe biurowce.

Gosia zebrała opinie mieszkańców: ? „Aranżacja domu jest trudna, ale wnętrza są bardzo przyjemne”. ??”Rury w niektórych miejscach muszą być wyginane w kształcie ścian”. ??”Budynki ocieplone są z zewnątrz plastrami z pumeksu o grubości 10 cm. Dzięki temu zimą jest nam bardzo ciepło i koszty ogrzewania nie są wysokie. Latem zaś mamy przyjemny, chłodny mikroklimat”.

– Chciałem sobie kupić taki dom. Ale nie stać mnie – ubolewa Kuba Szczęsny.

– Gdyby kopulaki były w jakimś mieście na Zachodzie, trafiłyby do przewodników i na pocztówki – marzy Gosia.

– Wciąż chwalimy się Starówką. A przecież Warszawa to fascynujące lata 50. i 60. To nowoczesne miasto – przypomina Krzysiek.

A blokowiska? Krzysiek: – Były też wynaturzenia, np. osiedle Za Żelazną Bramą. Ale na większości osiedli PRL w mieszkaniach jest światło i zieleń. Budynki są od siebie oddalone, a nie stoją okno w okno jak teraz.

Kolektyw z Centrali zapowiada, że jesienią w Warszawie odbędzie się festiwal młodej architektury. Chcą wtedy zrobić skan miasta. Będą je promować. Kolegom, którzy ściągną ze świata, pokażą to, co Warszawa ma najlepszego i oryginalnego. Co? – Perły architektury PRL – odpowiadają chórem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *